Posty otagowane ‘akademik

26
maj
09

APSurdalia

To to, gdzie byliśmy – ja, Towarzysz, Owieczka, Mat i tłumek (bo padało początkowo) obcych ludzi – w piątek wieczorem. Wieczorem znaczy po 17stej wyjechaliśmy, by zdążyć na kilka utworów Całej Góry Barwinków, którzy są całkiem sympatycznym zespołem, przy którym można się dobrze ubawić. A wróciliśmy po 23, zdążywszy zdaje się na ostatni autobus nie-nocny. Właściwie to mieliśmy do nocnego 20 minut, wiec postanowiliśmy przejść pieszo z jeden przystanek (gdzie miała i tak być przesiadka), a tam niespodzianka – od razu jechał lepszy autobus. :P

Po CGB byli Maleo, którymi niezbyt się zachwycaliśmy, a następnie Afro Kolektyw, na który to głównie w ogóle pojechaliśmy. Bo trzeba wiedzieć, że Marcin bardzo lubi Afro Kolektyw, pisze maile do .afrojaxa, którego od razu jak zobaczył, poprosił o możliwość zrobienia sobie z nim zdjęcia (była po koncercie). Sidneya Polaka sobie darowaliśmy.

Koncert był prześwietny – żałowałam, że nie znam tekstów ich utworów. Muzyka przypadła mi do gustu, że teksty dobre to ja wiem skądinąd, może zacznę kiedyś słuchać. Wokalista skakał po scenie i pod sceną, publika tylko pod sceną, odgrodzona płotkiem. :P Energiczny, żywiołowy koncert.

Potem łaziliśmy w tę na nazad, żeby słowo wcielić w życie i zrobić zdjęcie z zespołem. W końcu znaleźliśmy ich na szczęście niedaleko płotka, Towarzysz zawołał, zdjęcie ładne, zrobione, ja też się zmieściłam i wszyscy żyli długo i szczęśliwie.

A że współlokatorzy akademiccy Marcina pojechali do domów, to mieliśmy święty spokój, choć zawsze przy wchodzeniu tam bez dawania dokumentów się stresuję. Aha – ktoś mnie pacnął w tyłek (kurwa jego mać, choć z pewnej strony to komplement)!! >:-> Ogólnie cały weekend tam spałam nielegalnie i za darmo.

11
lis
08

w szkołu

Tak, tak, pojadę na PGA, policzyłam piksele i milimetry kwadratowe, szkoda tylko, że wyszły mi różne wyniki co do pól tych bezkształtnych figur.. No i poćwiczyłam robienie trzech rzutów, z czego wyszły dwa, ale trzeci też by wyszedł całkiem w porządku, gdyby odległości między punktami nie były tak niewygodnie małe. Jeszcze aksonometria tego stożka z wycięciem o podstawie pięciokąta wypukłego i będzie git. Poza tym, że zadziwiająco mi się nic nie chce, to grafika inżynierska jest przyjemnym przedmiotem. Niechcenie dotyczy też wszystkich pozostałych, więc git.

Ogólnie nie jest źle, choć czasem jest na co narzekać. Koedukacyjne łazienki nie są najgorsze, więc już mi nie przeszkadzają. Zresztą, teraz długi weekend i większości ludności nie ma w akademiku, tylko grzeją tyłki w domach, więc tym wygodniej. ;) Światła są tam wypasione. B z czujnikiem ruchu, czy coś. Fajnie. Dzisiaj pod prysznicem dwa razy musiałam podskakiwać, machając rękami, żeby mi się na powrót zapaliło. xP

Pierwsze kolokwium za nami. Z matmy kobiecina myślała chyba, że ściągam, bo wstała ze stołka i przeczesała moje kartki. Pomyślałam wtedy, że jak to dobrze, że nie próbuję nawet ściągać, bo umarłabym ze stresu. :P

Nie było mnie też na jednych ćwiczeniach – z grafiki inżynierskiej. Szkoda, kurczę. Szkoda, że straciłam niewątpliwie ciekawe zajęcia. ;) Internet straszy, że za nieobecność można dostać ujemne punkty, albo, że trzeba ją jakoś odrobić. To idę do gościa ze świadomością, że jedyny termin już minął, mówię, że mnie na ćwiczeniach nie było, a on na to…

- I co?

Nie powiem, zaskoczył mnie niemożebnie. o.O Powiedział co było, trochę nawet wytłumaczył co trzeba do domu zrobić (czyli to, co było) i kazał przyjść jak nie będę umieć. Nudzi mu się. :>

01
lis
08

blebleble

Jak super i bajerancko jest walnąć sobie bloga z muzyczką, nie? Włączam takiego i natychmiast zamykam, żeby nie robić sobie wstydu wieśniackimi dźwiękami, aż tak mnie treść nie interesuje, żebym to znosiła.

Siedzę na WATcie. Wczoraj się sprowadziliśmy do akademiku, warunki niestety gorsze, co jest zrozumiałe, bo to akademik, a nie – jak przedtem – hotel. Najgorsze jest chyba to, że nie ma kibla/łazienki prywatnej, pokojowej, tylko publiczna jest i w dodatku koedukacyjna. Nie ma to jak iść za potrzebą i mijać po drodze płeć męską załatwiającą potrzebę. :P Co jak co, ale to pisuary powinny być dalej od drzwi.
no cóż, nie mnie będą oglądać przechodnie.

Grupa moja jest mało zgrana. Zauważam też, że ta druga, czyli pierwsza z numeru, jest fajniejsza. W sensie – dane mi było zapoznać się lepiej z osobami z tamtej, niż z mojej. No ale nic tam.. Na wf trzeba mieć jednolite stroje. Bierzemy białe koszulki i czarne rybaczki, jako że koloru np. niebieskiego są milijony odcieni. Biel jest bielą, a czerń czernią, przynajmniej przed pierwszym WFem. i tak będziemy wyglądać różnie, bo różne są spodni i t-shrtów kroje.

A rezonans nic nie wykrył, choć efektów z tabletek nie widzę.

01
wrz
08

VI Zlot AM 21-25.08.2008r.

Wiedzieliście, że w Toruniu będą kręcić film Prince of Persia? W klimatach Piasków Czasu..

No cóż, ja też nie. Tak mi sie tylko zdjęcie skojarzyło. Toruń stał sie za to miejscem innego wydarzenia – drugi raz już odbył się tam zjazd AM. Na tym akurat byłam. :)

Największą atrakcją zjazdu byli w sumie sami Actionmagowcy. Sympatyczni, cudowni ludzie. :P ..Mili.. uprzejmi.. xD Nie no. Naprawdę świetne, zróżnicowane towarzystwo. Płciowo też było zróżnicowane, choć jak przyjechałam, to mieli jeszcze małe gejparty. :P Później pojawiły się Pszczóła i Łysa Owieczka i przez większość zjazdu było nas trzy.

Siedziby Radia Maryja nie zwiedziliśmy. Szkoda, nie było szansy zobaczyć Rydzyka. ;) Byliśmy za to w planetarium, co zmusiło nas do regeneracji sił, gdyż seans był bardzo usypiający. Poza tym obejrzeliśmy i spenetrowaliśmy zamek Krzyżacki, a właściwie to jego ruiny. Prawdopodobnie nie wolno było dotykać eksponatów, bo były odgrodzone sznurkami, ale cóż. Nikt nie pilnował. ;P

Żywiłam się bułeczkami śniadaniowymi z Biedronki, polecanymi przez Szaka. Były bardzo smaczne i nic mi po nich nie dolegało. :) Marcin ma inne zdanie na ich temat, ale jadł i tak. To na śniadanie i nieraz na kolację. Na obiad zazwyczaj były naleśniki. Nie, nikt nam ich nie dawał. Naleśniki kupuje się w naleśnikarni. :P Były przepyszne, chociaż po drugim takim posiłku zachciewało sie czegoś innego, a po trzecim się postanowiło nie jeść już naleśników. Poszliśmy więc do Metropolis na pizzę. Na dwie pizze familijne na pięć osób, którymi to pizzami nażarliśmy się jak nie wiem. xP Były ogromne! I stosunkowo tanie, przynajmniej w porównaniu z tym marnym gównem robionym w Koninie. :>

Co do picia.. Wypiłam dwa piwa przez cały zjazd. Jedno do pizzy (nie wiem jak je zmieściłam), drugie w Kafefajce. Byliśmy tam tylko raz. Kafefajka to taki wymysł, gdzie można popalić fajkę wodną, jeśli się nie ma niepełnoletnich kolegów przy sobie. :) My mieliśmy, więc trzeba było zadowolić się piwem/sokiem/co kto chciał. Przekonałam się, że piwo, jeśli zadziała, sprawia wielką przyjemność i jest się odważniejszym. Nie chcę potrzebować do tego piwa. :( Popracuję. Wracając do Kafefajki – stosują taki sprytny zabieg, że jak się nic nie zamawia, to podgłaszają muzykę, że nie można normalnie pogadać, trzeba bardzo głośno. Cwaniaki. :P

Większość czasu przesiedzieliśmy w innym lokalu, a mianowicie siedzieliśmy Pod Aniołem. ;) Tam szefostwo było przewrażliwione na dźwięk i zawsze uciszało grającego na fortepianie Metisa. Nic to, że AMagowcy stanowili większość ich klientów. Nie zrażając się jednak, codziennie się tam zjawialiśmy. :) Było dość miejsca, dość wygodnie, dość chłodno i dość wszędzie blisko. :P W końcu zaraz przy pomniku Kopernika. :) Tam się gromadziło, siedziało, rozmawiało, słuchało Donalda i nie tylko, śmiało z głodu ZoltaRa, żartowało z Phantasmagora, oczywiście piło piwo lub napoje, tam się myślało gdzie się w końcu ruszymy, zamiast siedzieć w jednym miejscu.. i stamtąd ostatecznie rozeszliśmy się na dworce ostatniego dnia. :) Więcej czasu spędziliśmy chyba tylko w akademiku.

Akademik UMK prezentował się całkiem nieźle, ładnie, niesyfiasto i ogólnie ok. A ściany były żółte. :P Pokoje w większości trzyosobowe, ale można było mieszkać w dwójkę, jako, że AMagowcy przyjeżdżali i odjeżdżali, a niektórzy nie pojawili się, mimo deklaracji. Działo się tu mniej więcej to samo, co pod Aniołem, tyle, że wieczorami i w nocy. :) Dodatkowo jeszcze złożyłam podpis na bułce, mogłam posłuchać jak część ludności gra lub pitu-pituje na gitarach, pośpiewać, jeśli znałam słowa, albo normalnie się wyspać. Czy raczej pójść spać, bo ani razu się nie wyspałam. Nie wspominam o myciu się, załatwianiu potrzeb fizjologicznych dla Szatana, czy jedzeniu, bo to jest oczywistością. :P

Poza wspomnianym usypiającym planetarium i zrujnowanym zamkiem widzieliśmy także zegar słoneczny dla ślepych – z dziurkami do czytania i dla głuchych – wybijający godziny. A także przeszliśmy się promenadą, stumilowym mostem, obeszliśmy z daleka kilka kościołów, ;) minęliśmy trochę zabytków robiąc parę zdjęć, wstąpiliśmy na plac zabaw, jak na młodzież przystało, widzieliśmy fontannę, która podobno bryzgała i świeciła w rytm melodii, słuchaliśmy opowieści PMG o tajnikach Wikipedii, karmiliśmy ZoltaRa, wpadliśmy na orbitę Sariusa, przebijaliśmy bąbelki w folii i wiele innych. :)

Podobało mi się. :)

“Boże AMaga, któryś jest w niebie, módl się za nas sam do siebie.




counting bodies..

  • 8,821 sheeps

“kalendarz”

kategorycznie